
Na Jackowie w Chicago nie było tak źle, jak się spodziewałem. Ale może właśnie dlatego, że po nowojorskim Greenpoincie, tym razem się spodziewałem.
Jackowo to dzielnica w Chicago, która od wielu lat zamieszkała jest przez Polaków. Ludzie z małych miasteczek, którzy w latach 70 i 80 wyemigrowali do Stanów, stworzyli tutaj swoiste getto. Czas dla nich się zatrzymał. W restauracji w której jadłem żurek i schabowego (mimo wszystko, nie oparłem się), znalazłem aluminiowe łyżeczki, herbatę ekspresową trzeciego sortu i te obrusy. Pan podający, którego szumnie nazywać by można kelnerem miał na sobie charakterystyczne spodnie w kantkę koloru nieokreślonego oraz sandały, a w zasadzie pełne buty z drobnymi prześwitami. I brązowe skarpetki.
Na niedzielną mszę do najstarszego polskiego kościoła przyjechał biskup z Polski. Nigdy jeszcze nie widziałem tak podniosłej celebry z powodu odwiedzi biskupa.
Jackowo jest już jednak coraz mniej polskie, a coraz bardziej latynoskie. Szacuje się, że nawet jedna trzecia z ponad milionowej rzeszy Polaków zwinęła interesy i wróciła do kraju. Kryzys gospodarczy w Stanach sprawił, że prowadzenie małych biznesów przestało się opłacać, a niski kurs dolara sprawił, że wysyłanie zielonych pieniędzy do kraju straciło sens. Nawet polski sklep z pamiątkami prowadzi Amerykanin arabskiego pochodzenia. Nawiasem mówiąc, Mark jest nie tylko bardzo miłym człowiekiem, ale i bardzo uważnym obserwatorem tego, co się na Jackowie dzieje.
Niezależnie jednak od liczby Polaków zamieszkałych północno-zachodnie dzielnice Chicago, polska mentalność pozostała. Drobni cwaniaczkowie, którzy w pierwszej chwili udają byznesmenów, pełni zawiści ludzie, którym nawet w Ameryce nie do końca się udało czy też panowie, którzy większość czasu spędzają w okolicznych barach, a ich mowa jeszcze przed spożyciem jest raczej bełkotem niż komunikacją. Pierwsze zapytane przeze mnie o wybory osoby odpowiedziały, że zagłosują na McCaina, bo czarny nie może być prezydentem.

0 comments:
Post a Comment