Im bliżej końca, tym częściej chodzi za mną ta piosenka. I żal, że te trzy tygodnie to już prawie yester. Ameryka to miejsce w którym rodzą się geniusze. Tacy jak on.
Saturday, November 13, 2010
Wednesday, November 10, 2010
NEW YORK - empire state of mind
Brudny, głośny, zatłoczony - a jednak wciąż poruszający i wyjątkowy. Choć to nie pierwszy raz w NYC, widok Manhattanu z autobusu zbliżającego się do Brooklyn Bridge wciąż wyzwala emocje i energię. Jak żadne inne miejsce. NYC = phenomenon.
Grew up in a town,
That is famous as a place of movie scenes
Noise is always loud
There are sirenes all around
And the streets are mean
If I could make it here
I could make it anywhere
That’s what they say
Seeing my face in lights
Or my name in marquees found down Broadway
Even if it ain’t all it seems
I got a pocketful of dreams
Baby, I’m from
New York, concrete jungle where dreams are made of
There’s nothing you can’t do
Now you’re in New York
These streets will make you feel brand new
Big lights will inspire you
Hear it for New York, New York, New York
Grew up in a town,
That is famous as a place of movie scenes
Noise is always loud
There are sirenes all around
And the streets are mean
If I could make it here
I could make it anywhere
That’s what they say
Seeing my face in lights
Or my name in marquees found down Broadway
Even if it ain’t all it seems
I got a pocketful of dreams
Baby, I’m from
New York, concrete jungle where dreams are made of
There’s nothing you can’t do
Now you’re in New York
These streets will make you feel brand new
Big lights will inspire you
Hear it for New York, New York, New York
Friday, November 5, 2010
USA po wyborach

Republikanie odzyskali utraconą cztery lata temu większość w Izbie Reprezentantów. Demokraci utrzymali z kolei niewielką przewagę w Senacie. Niewykluczone, że taki podział wszystkim wyjdzie na dobre.
Republikanie wygrali wiele, ale nie wygrali wszystkiego. W Nevadzie kandydatka Tea Party nie zdołała pokonać dotychczasowego lidera w Senacie, Harry'ego Reeda. A to własnie walka o ten fotel była jedną z najgorętszych w mediach. Nowym przewodniczącym Izby Reprezentantów będzie najprawdopodobniej republikanin John Boehner.
Republikanie zapowiedzieli już, że bedą starać się zmienić dotychczasowy program reform forsowany przez Baracka Obamę. Z kolei prezydent mówi, że czeka na propozycje republikanów.
Mimo złowieszczych przepowiedni niektórych amerykańskich dziennikarzy, trudna współpraca prezydenta z republikanską Izbą Reprezentantów i demokratycznym Senatem może przynieść całkiem niezłe wyniki. Republikanie nie bedą mogli blokować wszystkiego, bo przegrają wybory 2012. Prezydent też będzie musiał się układać, by wygrać reelekcję. Amerykanie bowiem, po ostatniej kampanii wyborczej, są zmęczeni klotniami. Rownież dlatego mało kto wróży dłuższą karierę tzw. Tea Party czyli skrajnemu odlamowi wewnątrz Partii Republikańskiej.
Monday, November 1, 2010
Jon Stewart i zdrowy rozsądek

Rzadko zdarza się, żeby komicy organizowali wiece polityczne. W Ameryce zdarzyło się to na 3 dni przed wyborami do Kongresu.
Około 200 tysięcy osób zebrało się w sobotnie popołudnie w centrum Waszyngtonu na marszu przywrócenia zdrowego rozsądku. Manifestację zorganizowali dwaj znani amerykańscy komicy ze stacji Comedy Central - Jon Stewart i Stephen Colbert. Był to wiec poparcia dla demokratów, a zarazem odpowiedź na wcześniejszy wiec zorganizowany w tym samym miejscu przez republikanów. Gospodarze przekonywali, że Amerykanie żyją w trudnych czasach, ale nie aż tak trudnych, by wieszczyć koniec świata.
Wiec wzbudził w Ameryce wiele emocji, nie tylko dlatego, że było to pierwsze tego typu wydarzenie. Pojawiły się m.in. pytania, czy dziennikarze mogą uczestniczyć w tego typu spotkaniach, jeśli nie wykonują akurat swoich obowiązków. National Public Radio w swoim kodeksie etycznym zabrania swoim pracownikom uczestniczenia w spotkaniach politycznych, tak jak zabrania kandydowania na stanowiska związane z polityką. Washington Post oświaczył, że nie tylko dziennikarze, ale i pracownicy newsroom'u nie powinni pojawiać się na takich wydarzeniach, bo mają one charakter polityczny. New York Times zaleca swoim pracownikom, by nie uczestniczyli w takich przedsięwzięciach, choć jednoznaczy zakaz się nie pojawia. A z kolei agencja Associated Press, ustami swoich szefów stwierdziła, że każdy dziennikarz sam dobrze wie, że nie może pojawiać się na takim wieciu. Każda redakcja podkreśla jednak, że zakaz uczestniczenia nie oznacza zakazu relacjonowania w ramach swoich obowiązków.
W Polsce taka dyscyplina etyczna niestety nie obowiązuje.
Saturday, October 30, 2010
Tuesday night fever

Amerykę ogarnęła przedwyborcza gorączka. Od kilku dni nie rozmawia się o niczym innym, jak tylko o wyborach.
Według wszelkich znaków na ziemi i niebie, wybory wygrają republikanie. Demokraci prawdopodobnie stracą większość w Kongresie, co dla prezydenta Obamy może oznaczać kłopoty. Amerykanie mają bowiem żal do demokratów, że ci nie zrobili nic w sprawie gospodarki. Głosowaliśmy na Obamę, bo obiecywał zmiany, również w sposobie rządzenia. Tymczasem dyskusja na temat systemu ochrony zdrowia zajęła Kongresowi rok - mówi dziennikarka ABC Amy Walters.
Teraz Amerykanie chcą ukarać rządzących i głosować na republikanów. Jak na ironię, to właśnie ekipa George'a Busha odpowiada za kryzys ekonomiczny. Stąd też sporym wzięciem cieszy się tzw. Tea Party. To prawicowy ruch, kwestionujący zarówno demokratów jak i republikanów.
Ich poglądy są dość kontrowersyjne, stąd łatwo przebijają się w mediach. Niektórzy publicyści wieszczą im nawet sukcesy jako tzw. trzeciej drodze. Ale wielu mówi o Tea Party, że to wyłącznie twór medialny. Są jednak i tacy, którzy mają poważne wątpliwości. Rozmawiałem niedawno z małżeństwem lekarzy z Północnej Karoliny. Zwrócili mi uwagę, że Tea Party czasami ociera się o faszyzm i że korzysta z faktu, że wielu ludzi rozczarowało się najpierw republikanami a teraz demokratami. Zbijają również punkty na tym, że większość amerykańskiej młodzieży jest niewykształcona - podkreślali.
Usłyszałem od nich coś jeszcze - teorię, którą uważam za mocno przesadzoną, ale godną uwagi. W latach 20. wszystko również zaczęło się od kryzysu ekonomicznego. A potem Niemcy wynieśli do władzy Hitlera.
Tea Party prawdopodobnie jednak nie dotrwa do wyborów 2012. Ale paradoksalnie obawiać się jej powinni bardziej republikanie niż demokraci.
Wednesday, October 27, 2010
Bob Woodward
Dwugodzinne spotkanie z Bobem Woodwardem to niezła lekcja dobrego, klasycznego dziennikarstwa.
O ataku na Irak 2003: Bush naprawdę działał w dobrej wierze. Kwestia broni masowego rażenia nie była dla niego najważniejszą. Wierzę, że Ameryka ma obowiązek wyzwolić narody rządzone przez reżim - powiedział w w jednym z wywiadów.
O Obamie i Afganistanie: On desperacko szuka możliwości wycofania się z Afganistanu. Boi się powtórki z Wietnamu. Jest rozdartym człowiekiem - wie, że musi prowadzić wojnę, której nie chce.
O WikiLeaks: To jest absurd. Ktoś, kto zna się na wojnie w Iraku czy Afganistanie, nie dowiedział się niczego nowego.
O Nixonie i aferze Watergate: Nixon kierował się nienawiścią do przeciwników politycznych. Z rywalami można walczyć. Ale przegrasz w momencie, gdy zaczniesz ich nienawidzić - powiedział na spotkaniu z personelem Białego Domu tuż przed dymisją.
O dziennikarstwie śledczym: Zawsze trzeba zadać sobie pytanie, co kieruje politykiem podejmującym decyzję. Zawsze trzeba szukać tego, co ukryte.
O dziennikarstwie: Największym wrogiem dobrego dziennikarstwa jest pośpiech. To właśnie on pozbawia głębi i analizy.
****
Bob Woodward - jeden z najbardziej znanych dziennikarzy w USA. Wraz z Carlem Bernsteinem ujawnił aferę Watergate. Napisał dwanaście książek publicystycznych i zdobył dwie nagrody Pulitzera. Ikona dziennikarstwa śledczego.
Tuesday, October 26, 2010
Amerykańska machina senatorska

Senat USA liczy 100 członków - po dwóch przedstawicieli z każdego stanu. Każdy z senatorów ma za sobą armię urzędników i asystentów.
Senator Dick Lugar jest republikaninem z Indiany. To jedna z najbardziej wpływowych osób w Kongresie zajmująca się sprawami zagranicznymi. Zasiada w Senacie już szóstą kadencję, nieprzerwanie od 1976 roku. Jest najdłużej sprawującym urząd senatorem w historii stanu Indiana.
Komisja do spraw zagranicznych w której zasiada senator Lugar, rekomenduje prezydentowi kierunki polityki zagranicznej i wyraża opinie - czasem wiążące - na temat międzynarodowych traktatów i umów. 19-osobowe gremium współdecyduje także o nominacjach na ambasadorów USA na całym świecie. Może nawet na długie miesiące zablokować kandydaturę Białego Domu. Senatorowie często podróżują też po świecie, a ich opinie są uważnie słuchane przez miejsciwych polityków.
Senator Lugar ma do dyspozycji 70 asystentów. Każdy odpowiada merytorycznie za inną część polityki zagranicznej. Asystenci od obrony przeciwrakietowej to zupełnie inna działka niż Afganistan. Każdy z nich spotyka się z dziesiątkami lobbystów i służy senatorowi za coś w rodzaju bariery ochronnej.
Budżet każdego senatora to dziesiątki tysięcy dolarów miesięcznie. Sam senator zarabia około 170 tysięcy dolarów, a jego kadencja trwa 6 lat. Każdy senator to osoba niezwykle wpływowa, często nawet bardziej niż prezydent mniejszego lub nawet średniego kraju. Oznacza to także ogromną odpowiedzialność za słowo. Każda nieprzemyślana publiczna wypowiedź może bowiem kosztować miliony dolarów.
Sunday, October 24, 2010
UNITED to US

Okazało się, że podróż do Stanów Zjednoczonych może trwać dłużej niż do Afganistanu.
Zatłoczony bus ruszył rankiem z hotelu w kierunku oddalonego o 20 kilometrów lotniska we Frankfurcie. Poczułem się jak w Polsce, gdy kierowca bliskowschodniego pochodzenia oświadczył, że zapięcie pasów nie jest potrzebne, choć siedziałem na przednim siedzeniu, tłocząc się z rubasznym amerykańskim jegomościem. Na wszystkich ostrych zakrętach, które pokonywaliśmy po drodze, niezawodny okazał się umieszczony na suficie uchwyt, dzięki któremu nie musiałem przepraszać amerykańskiego sąsiada za wpadanie na niego raz po raz.
Na lotnisku poczułem się jak w amerykańskich liniach lotniczych. Obsługa linii United oświadczyła, że nie może dać mi karty pokładowej ani też przypisać mi miejsca w samolocie. Z niewiadomych przyczyn mogli to zrobić tylko pracownicy linii przy wejściu na pokład. Z kartą będącą czymś w rodzaju potwierdzenia rezerwacji poszedłem dalej, po czym spędziłem kilkadziesiąt minut na security. Temperament obsługi przypominał bardziej kraje arabskie niż Frankfurt, a do tego jeden z oficerów, uśmiechając się od ucha do ucha, cztery razy przepuszczał mój plecak przez skaner, każąc mi wyjmować z niego całą elektroniką, następnie pieniądze i lekarstwa.
Przy odprawie na samolot dowiedziałem się, że nie mam jeszcze miejsca w samolocie i muszę czekać, aż zostanę wywołany. A że do startu zostały jeszcze 2 godziny, postanowiłem, że spędzę ten czas w business lounge'u Lufthansy. Na miejscu okazało się, że nie ma darmowego internetu, nie ma też zbyt wiele do jedzenia, ale za to lounge przypomina komfortowy taras widokowy, gdzie z wysokości V piętra można obserwować starty, lądowania i inne operacje na płycie lotniska.
Kiedy przyszedłem na odprawę 30 minut przed startem, pani z Lufthansy z pretensjami w oczach powiedziała, że nie ma możliwości zmiany miejsca, które mi przydzielili i prychnęła, kiedy spytałem, czy mój bagaż jest już w samolocie. Po tym jak autobus przejechał niemal całą długość lotniska, usiadłem w środku Boeinga 777-200. Samolot wystartował z 30-minutowym opóźnieniem, bo mechanicy naprawiali popsutą klimatyzację.
Linia United ma jednak swoje zalety. W ramach on-board entertainment, na jednym z kanałów można słuchać całej korespondencji radiowej, jaką słyszy z zewntąrz i jaką prowadzi załoga. Nie jest łatwo rozróżnić poszczególne komendy, ale dzięki podstawom komunikacji lotniczej wiedziałem, w jakim towarzystwie lecimy, kogo mijamy i jak nazywają się poszczególne punkty orientacyjne po drodze. Zabawa momentami męcząca, ale równie dobra jak kamery umieszczone na zewnątrz samolotu w liniach Emirates.
Saturday, October 23, 2010
Mgła we Frankfurcie

Przyzwyczaiłem się już, że nieodłączną częścią podróży lotniczych są niespodzianki. Czwarta wyprawa do USA też rozpoczęła się od komplikacji.
Samolot Lufthansy z Warszawy do Frankfurtu był już gotowy do startu, gdy pilot ogłosił, że trzeba poczekać dodatkowe 45 minut, bo we Frankfurcie jest gęsta mgła. Przyszło mi wtedy na myśl, jak bardzo cywilne procedury różnią się od polskich procedur wojskowych sprzed pół roku. Mimo, że warunki pogodowe w Smoleńsku były poniżej minimów dla Tu-154, prezydenckiej maszynie pozwolono wystartować z Warszawy.
Ze stolicy odleciałem z godzinnym opóźnieniem, łudząc się, że może we Frankfurcie zdążę wsiąść do samolotu do Waszyngtonu. Kiedy jednak po dwóch godzinach Boeing 737 wciąż kołował na olbrzymim niemieckim lotnisku, uświadomiłem sobie, że kłopoty będą większe niż przypuszczałem.
Mgła we Frankfucie była znacznie gęstsza niż w Smoleńsku. Widok zza okna może nie był zbyt radosny, ale ubawił mnie za to zobaczony przypadkiem sms, wysłany przez jednego ze współpasażerów. Widoczność we Frankfurcie jest zerowa, ledwo wylądowaliśmy. Widać, coś przeoczyłem.
Kiedy wysiadłem z samolotu, lotu do Waszyngtonu nie było już na tablicy odlotów, a gdy dotarłem do gate'a, przypuszczenia sprawdziły się - samolot odleciał. Po 20 minutach przemierzania niekończących się korytarzy, dotarłem do Lufthansa ticket office, gdzie tłoczyły się setki pasażerów. Miła acz stanowcza pani tłumaczyła, że do środka można wejść tylko z wydanym przez nią numerkiem, gdyż w przeciwnym razie nie można być obsłużonym. Równocześnie jednak przez długi czas tłumaczyła coś dwójce mało rozgarniętych Niemców. A kolejka do kolejki do numerków czekała.
Kiedy dostałem upragniony numerek, policzyłem, że mam przed sobą co najmniej godzinę oczekiwania. Cieszyłem się na myśl, że moja srebrna karta Miles & More pozwala mi stać w kolejce do okienek Business, bo kolejka Economy szacowana była na 5-6 godzin.
Po dwóch godzinach oczekiwania (a jednak się myliłem), miły, acz zmęczony pan w okienku przez kilkanaście minut stukał w klawisze, po czym poinformował mnie, że jedynym wyjściem z sytuacji jest lot do Waszyngtonu 24 godziny później, w niedzielę.
Potem jeszcze godzina czekania na shuttle bus i już byłem w drodze do hotelu. Mgła mocno dała się we znaki, bo kolejka do zameldowania się w recepcji w hotelu zajęła mi kolejne pól godziny. Recepcjoniści wyglądali na mocno zmęczonych faktem, że na głowę zwaliło im się pół lotniska, w dodatku wszystkich trzeba przepraszać i dawać im szczoteczki do zębów.
Jeszcze na lotnisku jak i potem w hotelu obsesyjnie towarzyszyła mi grupa czeskich siatkarek, o kilka głów wyższych ode mnie kobiet w dresach z napisem Czech Republic. Były wszędzie - w autobusie, w kolejce do recepcji, na kolacji, na śniadaniu.
Stojąc w kolejce do recepcji zauważyłem przy drzwiach palące papierosy stewardessy. Zwróciły moją uwagę, bo wyglądały na osoby z Azji i miały na sobie dziwnie znajome uniformy. Po chwili, gdy dołączyli do nich piloci i inni członkowie załogi, zobaczyłem na identyfikatorach napis Safi Airways. Najmłodsza afgańska linia lotnicza całkiem niedawno uruchomiła przecież połączenie do Frankfurtu.
Sunday, April 11, 2010
SMOLEŃSK...
Subscribe to:
Posts (Atom)

